Festiwal Cittaslow w Lubawie. Z niedosytem, ale i optymizmem

Pomysł na promocję życia w małym, ale ciekawym mieście, pełnym swoich niepowtarzalnych „smaków” sięga swymi korzeniami ruchu slow food. Protest przeciwko dominacji „śmieciowego” i szybkiego jedzenia został w przypadku ciita slow rozszerzony o nowe wymiary tego „prawa do smaku”. Przecież można „smakować” miasto!

To oznacza, że można nie tylko rozkoszować się jego zabytkami, urokliwym położeniem geograficznym, ale też kulinariami, szczególnie gdy one pielęgnują stare tradycje i potrawy. Do tego, mile widziana jest przyjazna baza noclegowa – nie musi być ona od razu umieszczona w zabytkowym budynku, czy też korzystać z dobrodziejstw odnawialnych źródeł energii-wystarczy, że ma ona rodzinną atmosferę i to co czasem szumnie nazywa się genius loci, czyli ducha miejsca. Turysta slow zaglądający do mniejszych miasteczek szuka czy tez wręcz oczekuje miejsc z duszą-miejsc przepojonych historią rodziny i okolicy.

Mieszane wrażenia po Festiwalu w Lubawie

Lubawa, która w sobotę 21 maja podczas siódmej edycji Festiwalu Citta Slow gościła pozostałych naszych krajowych partnerów tej sieci nie do końca stanęła na wysokości zadania. Nie mnie oceniać, gdzie i kto popełnił błędy, ale zgodnie z opiniami osób biorących udział w latach ubiegłych-tegoroczny festiwal nie obfitował tak licznie w wystawiających się, jak to miało miejsce w latach poprzednich. Szkoda! Bo tak urokliwe miasteczka mają zapewne wiele do zaoferowania. Jednak nie samymi-nawet jakby były one najbardziej oryginalne i niepowtarzalne i jedyny w swym rodzaju!-wyrobami z ceramiki, drewna i tkanin są w stanie owe slow miasta przyciągnąć do siebie turystę.

Oryginalna oferta noclegowa i gastronomiczna kluczowa dla małych ośrodków

Bez oferty bazy noclegowej i gastronomicznej -a tej była niewystarczająca ilość, nikt nie zawita do Prudnika czy Jezioran. Zapewne każde z naszych ciita slow ma bez wątpienia się czym pochwalić (od strony żywieniowo-noclegowej), ale niestety poza żywiołową prezentacją agroturystyki spod Pasymia i „bosych chłopów” ze wsi pod Dobrym Miastem to trudno by szukać możliwości spędzenia wolnego czasu w rytmie slow.

Podoba Ci się to, o czym piszemy?     

W pierwszym przypadku gospodyni częstowała pasztetami (mięsnym i wegetariańskim), sałatką z kaszy gryczanej z pieczonymi warzywami, a na lepsze trawienie były albo nalewki albo robiony na miejscy napój z pokrzywy. Z kolei „Bosi Chłopi” zapraszali serami, świeżo upieczonym chlebem i ciasteczkami z otrębami i pestkami dyni, do zwiedzania gospodarstwa ekologicznego oraz do skorzystania przy okazji pobytu w Dobrym Mieście do warsztatów pieczenia ekologicznego chleba na terenie ich gospodarstwa, no i przede wszystkim promowali bliskie obcowanie z naturą w postaci chodzenia boso.

Mamy potencjał. Trzeba go pokazać!

Bodaj kabała zakłada, że liczba 7 jest szczęśliwa i magiczna-ja jednak będę trzymał się wersji, że pewnie 8, czyli przyszłoroczne wydanie festiwalu cittaslow będzie bardziej urozmaicone, co nie znaczy, że wyjechałem z Lubawy rozczarowany-co to, to nie! Pewnie gdy sam odwiedzę nasze miasteczka slow, to odnajdę wiele ciekawych miejsc godnych opisania. Na pewno latem będę chciał pochodzić sobie boso z chłopami pod Dobrym Miastem, a później pognam (na boso!!!) do ciekawych miejsc na Żuławach, Warmii i Mazurach-zapewne będą to niebanalne gospodarstwa agroturystyczne pełne pokrzyw i lawendy z dodatkiem własnych serów robionych na bazie historycznych receptur sięgających czasów pobytu na naszych terenach holenderskich osadników, czyli Menonitów. Jakby nie patrzeć to jednak na każdej imprezie można wypatrzeć coś ciekawego, wychodzącego poza sztampę zespołów folklorystycznych.

Piotr Geise

Brak postów do wyświetlenia