Wojciech Osiński o podróżach, gotowaniu i lokalnej kuchni

Wojciech Osiński lubi miejsca z duszą, dobre jedzenie i odkrywanie historii. Docenia smak polskiego żuru, schabowego z młodymi ziemniakami i koperkiem, ale ugotowana przez niego pomidorówka bardziej przypomina włoski krem niż swojską zupę. Razem z żoną i córkami odkrywa smaki Polski i dzieli się swoimi przemyśleniami na tastepoland.pl. Skąd pomysł na taki krok pyta Małgorzata Szcześniak.

Jeśli podróże to tylko kulinarne?

Wojciech Osiński*: Od blisko 4 lat tworzę wpisy na Taste Poland, stąd też większość naszych wypraw po Polsce zawiera aspekt kulinarny. Jeśli nie jest to jakieś ciekawe miejsce noclegowe z dobrą restauracją, to może być to chęć spróbowania jakiegoś lokalnego przysmaku lub odwiedzenia kulinarnego muzeum. Nawet jeśli wybór pada na miejsce, gdzie jeszcze nie byliśmy, jak chociażby w zeszłym roku Roztocze, to szybko pojawia się pytanie, co zjeść i co ciekawego można tam zobaczyć.

Nie wystarczyły Panu wycieczki? Potrzebował Pan jeszcze dzielić się spostrzeżeniami z Czytelnikami i stąd pomysł na założenie Taste Poland?

Jest co najmniej kilka powodów, dlaczego tak się stało. Po pierwsze, jeżdżąc po Polsce zdałem sobie sprawę, że naprawdę ciężko jest znajdować miejsca, które z czystym sumieniem można polecić znajomym, a ci z czasem zaczęli dopytywać się, gdzie byliśmy i co robiliśmy. Dziś mogą być na bieżąco.

Po drugie, często jakość miejsc odbiega od pięknej fotorelacji z kolorowych magazynów. Stwierdziłem też, że warto pisać o tym, co nas nieraz spotyka, ku przestrodze dla zwiedzających, ale również dla właścicieli, by wiedzieli co można poprawić.

Po trzecie, jest wiele ciekawych produktów i miejsc bliżej nieznanych szerszemu gronu, więc też chciałem dzielić się tym, co udało się nam „upolować”. Daje to korzyści nie tylko turystom, ale również producentom, restauratorom czy hotelarzom, gdyż jest to wyraz uznania dla ich pracy i powiedzenie im: „Tak trzymać!”.

Poza tym zawodowo zajmuje się marketingiem i próba zrozumienia fenomenu blogowania i social mediów była dla mnie po prostu ciekawa.

Założył Pan rodzinę i godzi obowiązki ojca i męża z wyprawami. Pomaga to, czy przeszkadza w rodzinnym życiu?

Uważam, że wspólne podróżowanie to jeden z najlepszych sposobów na tworzenie rodzinnych wspomnień. Pomysł na Taste Poland powstał w czasie, kiedy urodziła się moja pierwsza córka. Z założenia wiedzieliśmy, że dalekie podróże nie będą już tak łatwe jak kiedyś i postanowiliśmy poznawać Polskę. Jak się okazało, rzeczywistość jest o niebo prostsza. Nie zrezygnowaliśmy z poznawania świata. Po raz pierwszy wyjechaliśmy za granicę ze starszą córką gdy miała 4 miesiące. Podobnie było z młodszą. Trzeba tylko potraktować dziecko jako pełnoprawnego uczestnika wypraw i do niego dopasować plan zwiedzania, a wszystko jest możliwe. Oczywiście jest o niebo więcej wyzwań natury logistycznej, ale za to wspólne chwile są bezcenne. Dzieci też mnie mobilizują. W tym roku 5-letnia Pola wciągnęła mnie na szczyt piramidy w Cobe w Meksyku, bo „chciała zobaczyć, jak jest na górze”.

Pański plan na życie to dobrze się bawić wspólnie z rodziną, zainspirować dzieciaki do podróżowania, poznawania historii oraz dobrego jedzenia, odkryć prawdziwy smak Polski i dzielić się z innymi tym, co nasz kraj jako kierunek kulinarnych odkryć ma do zaoferowania…

Absolutnie się zgadzam (śmiech), choć to stwierdzanie wyrwane z kontekstu bloga brzmi bardzo pompatycznie. Pewne nawyki wyrabia się „od małego”, jak chociażby ciekawość świata, historii czy smaków. Stąd też warto pokazywać dzieciom, że świat jest różnorodny.

Uważam, że w pędzie za tym co modne, nowoczesne i dobrze wygląda na Facebooku czy Instagramie trochę zapomnieliśmy o Polsce. Ważne, by promować kraj nad Wisłą jako ciekawy kierunek turystyczny nie tylko u nas, ale i poza granicami. Dobrze jest więc pokazywać nowe oblicze polskiej kuchni, ciekawe miejsca i historie. Wiele z nich jest dziś odkrywanych na nowo. Od kilku lat działam w World Food Travel Association (Światowe Stowarzyszenie Podróży Kulinarnych), a jej szef Erik Wolf podczas wizyty w Polsce mówił o tym, że ciągle jest „głód” nowych ciekawych kierunków, a Polska ma wszelkie predyspozycje, by zostać jednym z nich. Mamy zabytki, ale mamy też ciekawą historię kulinarną. Musimy tylko popracować nad tym, by tworzyć dobre produkty turystyczne i pokazywać je na miarę oczekiwań współczesnego turysty z kraju i zagranicy.

Jakie miejsce w Polsce szczególnie poleciłby Pan na wycieczki z małym dzieckiem?

Ostatnio bardzo miło zaskoczył nas Toruń, który ma nie tylko piękną Starówkę, ale do tego cała piernikowa historia jest bardzo barwna. Ciekawym miejscem jest Żywe Muzeum Piernika, gdzie zwiedzający zabierani są w fascynującą podróż po historii tego smakołyku (więcej na temat muzeum w jesiennym Biokurierze). Częścią „spektaklu” jest warsztat, gdzie własnoręcznie wypieka się piernik z drewnianych form. Co ciekawe, pół roku później gdy robiliśmy pierniczki na święta, nasza starsza córka wciąż pamiętała, że robiła piernik „ze skrzypkiem”, o czym my już dawno zapomnieliśmy.

Z Krakowem było łatwo. Kogo w dzieciństwie nie wciągnęła historia o smoku wawelskim? Wprawdzie na Wawelu zwiedzenie Smoczej Jamy było głównym punktem programu, ale odbyło się to z taką ekscytacją, że było warto. Obowiązkowym elementem kulinarnym wyprawy do Krakowa były obwarzanki, które do dziś są hitem. Tegoroczną majówkę rozpoczęliśmy w Krakowie wizytą w Muzeum Obwarzanka właśnie.

Udaną okazała się wyprawa do Poznania na wystawę „Frida i Diego”. Zakładaliśmy, że robimy to głównie dla siebie, ale naszą Polę tak wciągnęła historia Fridy, że z pełną ekscytacją chodziła i zwiedzała wystawę, a Frida zagościła w naszym domu na dłużej. Jak Poznań, to były i świętomarcińskie rogale, o których historii dowiedzieliśmy się w Muzeum Poznańskiego Rogala.

Podsumowując te trzy historie. Z małym dzieckiem można podróżować nie tylko na plaże czy do hotelu z basenem. Ważne by stworzyć program atrakcyjny również dla niego.

A smaki? Pańskie ulubione i te, do których na pewno Pan nie powróci?

Namiętnie jadam żur. Chyba trudno o bardziej polską zupę. Uwielbiam ten smak! Co ciekawe, przyrządzany jest różnie: od postnej wersji tylko z grzybami po wersję „de luxe” z kiełbasą, ziemniakami, jajkiem podany w chlebie. Uwielbiam dobrego schabowego, najlepiej w wersji z kostką, cienko rozbitego z młodymi ziemniakami i kapustą. Lubię młode ziemniaki z koperkiem, masłem i mizerią… Lubię… Dużo jeszcze lubię.
Nie jestem wielkim fanem klusek i cepelinów. Są dla mnie za ciężkie. Nie jadam flaków i ciągłe przede mną jest poznanie smaku czerniny.

Pochodzi Pan z Kalisza. Co w tej okolicy jest Pana zdaniem godne zobaczenia?

Wyrastałem w atmosferze najstarszego miasta w Polsce. Fascynowały mnie wyprawy na Zawodzie (historyczne miejsce dawnego grodu), które w czasach mojego dzieciństwa były po prostu kilkoma dziurami w ziemi otoczonymi siatką. Dziś od kilku lat stoi tam rekonstrukcja dawnej warowni, gdzie szczególnie latem odbywają się rozmaite imprezy. W samym Kaliszu warta zobaczenia jest starówka z kościołami oraz ogromnym parkiem miejskim. Pod Kaliszem też jest kilka ciekawych miejsc, choćby Gołuchów z renesansowym zamkiem Czartoryskich wzorowanym na zamkach nad Loarą oraz zagrodą żubrów, Russów, czyli dom rodzinny Marii Dąbrowskiej czy Pałacyk Myśliwski w Antoninie, gdzie koncertował Chopin.

Kulinarną ciekawostką jest kaliski andrut. Jako jeden z pierwszych produktów został wpisany na unijną listę produktów regionalnych i może być oznaczony znakiem „Chronionego Pochodzenia Geograficznego”. W dzieciństwie to była jeden z moich ulubionych przekąsek, a praktycznie do niedawna nie wiedziałem, że ma tak fascynująca historię. Jest to tylko dowód na to, że warto dbać o naszą kulinarną tradycję, by z jednej strony ocalić ją od zapomnienia, ale z drugiej przekuć na konkretne biznesowe rezultaty. Dziś dobre historie są w cenie.

Przeprowadził się Pan do Warszawy. Czy była to duża zmiana? Jak Pan zaklimatyzował się w stolicy i czy czuje się Pan bardziej Wielkopolaninem czy Mazowszaninem? Co Pana zdaniem koniecznie trzeba zobaczyć w Warszawie?

Studiowałem jeszcze w Poznaniu, więc można powiedzieć, że pół życia spędziłem w Wielkopolsce. Sentymentalnie czuję się Wielkopolaninem, na co dzień raczej po prostu Polakiem.

Kulinarnie Warszawa jest bardzo kosmopolityczna, więc zależy kto co lubi. Ja osobiście preferuję trochę luzu i dobry smak. Trochę brakuje miejsc z dobrą polską kuchnią. Osobiście podoba mi się trochę nostalgiczny klimat „U Kucharzy” Adama Gesslera, czy też „Warszawy Wschodniej” jego syna Mateusza. I w jednym i drugim miejscu można odnaleźć domowe smaki. Bez spróbowania śledzia w oleju lnianym nigdy nie wychodzimy.

Miejscem wartym odwiedzenia jest Hala Koszyki, mimo wielu kontrowersji, jakie wzbudziła zaraz po ponownym otwarciu. Dziś nie jest to już hala targowa, a miejsce spotkań przy jedzeniu i picu jakich mało w Polsce. Mniej snobistyczna i bliższa konceptowi targowemu jest z kolei Hala Gwardii.

Ciekawym do zobaczenia miejscem, szczególnie latem, jest Stara Fabryka Koronek na Burakowskiej z Wine Barem Mielżyńskiego i dobrym sushi.

Pod koniec roku otwarto Muzeum Wódki na Placu Teatralnym. To kameralna kolekcja eksponatów związanych z tym trunkiem. Warto tam zajrzeć, by zobaczyć jak ciekawa jest jej historia. Zwiedzając wystawę, byłem zaskoczony ilością rozmaitych produktów i producentów oraz pomysłami marketingowymi, jakie powstawały na przełomie XIX i XX w. Już w czerwcu na Pradze będzie otwarte kolejne muzeum, tym razem Muzeum Polskiej Wódki. Jest to punkt programu raczej dla dorosłych, ale cieszy mnie, że pojawią się miejsca, gdzie jest chęć przywoływania tradycji i kontekstu historycznego.

Zdaje się być Pan bardzo wybrednym podróżnikiem kulinarnym. W które rejony naszego kraju warto zawitać, aby przeżyć niezapomnianą, smakowitą przygodę?

Niestety, nie ma tzw. pewniaków, gdyż często się zdarza, że szlak nie do końca działa, lokalna restauracja jest zamknięta i trudno jest o miejsce w najlepszej agroturystyce w okolicy. Musimy dbać o to, by regionalne smakołyki były szerzej dostępne, a ciekawe miejsca nie wymagały długich poszukiwań. Osobiście lubię klimat wschodniego pogranicza – Suwalszczyznę, Podlasie, Roztocze. W zeszłym roku zainteresowany całym zamieszaniem wokół Puszczy Białowieskiej postanowiłem wybrać się na dwa dni do Białowieży na bezkrwawe fotołowy żubra i oczywiście kuchnie, gdzie bez dwóch zdań widoczne są wpływy kuchni rosyjskiej. Prędzej znajdzie się tam dobre pielmieni czy soljankę niż nasze tradycyjne pierogi czy żur.

Prywatnie lubi Pan gotować?

Lubię i czasami gotuję. W moim wydaniu jest to bardziej fusion niż tradycyjne polskie dania. Pomidorówka bardziej przypomina włoski krem, ale za to bitki w sosie smakują dokładnie tak jak w moim rodzinnym domu. Od jakiegoś czasu moja żona piecze chleb na zakwasie, więc przy okazji na święta żurek również jest domowej roboty.

*Wojciech Osiński – twórca serwisu tastepoland.pl. Doradca turystyki kulinarnej. Członek rady doradców World Food Travel Association. Foodie. Marketingowiec. Fotograf. Prywatnie mąż i ojciec dwóch córek – Poli (5 lat) oraz Neli (1,5 roku).