Ameryka tonie w śmieciach, a zero waste to pusta idea [wywiad]

Na filmach Amerykanie wychodzą ze sklepu z papierowymi torbami i jeżdżą nowojorskim metrem. To w USA narodziła się idea życia bez śmieci. Ekologiczny raj? Nic bardziej mylnego! Ameryka tonie w plastiku, a rządzący zaprzeczają naukowym teoriom o globalny ociepleniu. O segregacji śmieci w Chicago i ekologicznej żywności rozmawiam z Pauliną Grunwald, emigrantką z Polski.

Bea Johnson, mieszkanka Kalifornii, w 2008 r. zaszokowała opinię publiczną: jej czteroosobowa rodzina w ciągu roku wyprodukowała jedynie słoik odpadów. Tak narodziło się „zero waste”. Ameryka jest kolebką tej idei.

Paulina Grunwald*: I to chyba jedyna zasługa Stanów Zjednoczonych w kwestii idei zero waste. Mimo iż zrodziła się właśnie tutaj, to przeciętni Amerykanie niewiele o niej wiedzą. Ba, całkowicie jej przeczą – są mistrzami w marnowaniu wszystkiego. Na potęgę kupują jedzenie, które potem wyrzucają, bo nie zdążą go zjeść przed upływem terminu ważności. Nawet porcje w restauracjach są tak ogromne, że niemal zawsze zostaje coś na talerzu. Wiele produktów jest tu bardzo tanich, wyprzedaże się niemal legendarne. Amerykanie nie szanują więc zabawek, ubrań, mebli, właściwie niczego, co kupują za przysłowiowe grosze. Ale hitem i tak są foliowe woreczki!

Fot. Paulina Grunwald
Fot. Paulina Grunwald

Są w sklepach za darmo?

Już nie, ale tak naprawdę niewiele to zmieniło. Pamiętam doskonale moje pierwsze tygodnie spędzone w Stanach Zjednoczonych i pierwsze wejścia do sklepów spożywczych. Przy kasach kupione towary były od razu pakowane przez pracowników – wszystko wkładano w podwójne foliówki, a czasem w jednej reklamówce znajdował się tylko jeden czy dwa produkty. Obecnie w Chicago, w którym mieszkam, sytuacja wygląda już o wiele lepiej, głównie ze względu na płatne jednorazowe torby plastikowe, ale na przedmieściach niestety dalej produkuje się tony foliowych odpadków. Na szczęście, wiele sklepów, np. Mariano’s czy Whole Foods, podąża z duchem czasu i oferuje swoim klientom wybór – plastikowe reklamówki albo papierowe torby. W ostatnim czasie zauważyłam, że coraz więcej osób korzysta z tej drugiej opcji. Niestety, w Ameryce materiałowe torby na zakupy to ciągle względna rzadkość.

Idea zero waste. Dla planety jestem naprawdę supersyfiarzem!

Nadużywane są też naczynia jednorazowe, szczególnie w okresie letnim, kiedy dużo się grilluje i urządza przyjęć na świeżym powietrzu. Trudno mi przypomnieć sobie jakiekolwiek imprezy firmowe czy urodzinowe, na których nie używano by plastikowych czy papierowych naczyń i sztućców. Wynika to przede wszystkim z wygody.

Wróćmy jednak do śmieci. Amerykanie je segregują?

Dziś już tak, ale znów przywołam moje pierwsze miesiące życia w USA. Gdy wylatywałam z Polski, w naszym kraju już niemal na każdym rogu popularne były kontenery na poszczególne odpady typu szkło czy papier. W Chicago musiałam jeździć do specjalnych punktów, by oddać śmieci na recykling! I byłam w zdecydowanej mniejszości, bo większość ludzi wyrzucała wszystkie odpadki do jednego kubła na śmieci.

To już na szczęście przeszłość. Obecnie przy niemal każdym domu znajdują się dwa pojemniki: czarny na zwykłe odpadki i niebieski na recykling, przy czym recykling jest tutaj pojęciem zbiorczym i bardzo rzadko zdarza się, by odpadki były rozdzielane na szkło, papier i plastik. W wielu domach zamontowane są podwójne kosze na śmieci, by łatwiej było segregować odpadki. W niektórych miastach można nawet dostać surową karę finansową, jeśli robi się to nieprawidłowo lub wcale. Władze miasta rozsyłają też do mieszkańców czytelne broszurki, rozróżniające na przykład materiały nadające się do recyklingu. Proszę jednak pamiętać, że to o czym mówię, dzieje się w Chicago – w innych częściach Stanów Zjednoczonych sytuacja może wyglądać inaczej.

Fot. Paulina Grunwald
Fot. Paulina Grunwald

A co z amerykańskimi ulicami? Są czyste czy może toną w śmieciach?

Chicago, jeśli je porównać do Nowego Jorku czy Los Angeles, jest wyjątkowo czystym miastem. Nie jestem jednak pewna, na ile wynika to z miejskich regulacji, a na ile z tragicznej historii miasta. Kiedy bowiem w 1871 roku ogromny pożar prawie doszczętnie strawił miasto i trzeba było je odbudować niemal od początku, urbaniści wprowadzili wiele ciekawych rozwiązań. Jednym z nich jest boczna uliczka (alley), znajdująca się przy każdym domu. Pełni funkcję drogi ewakuacyjnej, ale także – co ważniejsze dla naszego tematu – jest to miejsce, w którym skupione są kontenery na śmieci. Co za tym idzie, worki ze śmieciami nie są składowane tuż przy ulicy, jak na przykład w niesławnym pod tym względem Nowym Jorku, ale właśnie w bocznych uliczkach, skąd odbierane są przez służby miejskie. Proszę mi wierzyć, to robi ogromną różnicę!

Minusem dużych miast w Ameryce, w tym także Chicago, jest względnie niska liczba śmietników dla przechodniów. Moim zdaniem wynika to z faktu, iż w Ameryce… mało się chodzi. Prawie każdy porusza się tutaj samochodem, nawet gdy do przebycia ma niewielką odległość.

A wydawałoby się, że transport publiczny jest w Ameryce bardzo rozpowszechniony.

Jest, ale tylko w centrach dużych miast, gdzie zwyczajnie trudno dostać się autem ze względu na ogromne korki, a i parkingi miejskie są zwykle bardzo drogie i często przepełnione. Ale na obrzeżach metropolii i w pozostałych częściach kraju komunikacja miejska jest często bardzo prozaiczna i słabo uczęszczana. W niektórych regionach wręcz nie da się żyć bez samochodu.

Archiwum prywatne
Archiwum prywatne

Polityka klimatyczna Ameryki po zmianie rządu też uległa radykalnej zmianie. W kampanii wyborczej Donald Trump publicznie przyznał, że nie wierzy w globalne ocieplenie. Nazwał je chińską mistyfikacją.

O ochronie środowiska w Ameryce mówi się rzadko. Nie przypominam sobie żadnych poważniejszych akcji namawiających do dbania o przyrodę. Nawet Światowy Dzień Ziemi nie jest tu zbyt powszechnie obchodzony. I to nie jest tak, że przesadzam, czy może czegoś nie dostrzegam. Zapytałam ostatnio kilku znajomych Amerykanów, czy ich zdaniem mieszkańcy USA są wystarczająco świadomi problemów związanych ze środowiskiem. Ich odpowiedź? Definietely not [absolutnie nie – przyp. red.]. Oczywiście, jeśli ktoś jest zainteresowany tematem, to może znaleźć odpowiednie portale tematyczne czy informacje, ale w głównych mediach czy rozmowach towarzyskich specjalnie często się o tym nie mówi. Właściwie jedyne tematy, o których słyszałam to te, które bezpośrednio i namacalnie wpływają na życie mieszkańców Stanów Zjednoczonych.

Przykład?

Kilka lat temu głośno było o tym, że w Chicago zostały wprowadzone opłaty za foliowe reklamówki jednorazowe w sklepach. Co ciekawe, wiele sklepów przez pewien czas omijało tę regulację prawną, pakując zakupy swoich klientów… w nieco mocniejsze reklamówki. Dzięki temu nie trzeba było za nie płacić, a sklepy zyskiwały przychylność ludzi. Z tego co wiem, to się jednak skończyło, a i Amerykanie już też raczej nie mają problemu, by za jednorazówki płacić. Ale to tylko w Chicago, nie wiem czy którekolwiek z okolicznych miast wprowadziło podobne regulacje.

Fot. Paulina Grunwald
Fot. Paulina Grunwald

W Polsce żywność ekologiczna jest coraz popularniejsza. A jak jest w Stanach Zjednoczonych?

Tu również zyskuje na popularności. Dużo dobrego zrobiły w tej dziedzinie rozmaite filmy dokumentalne, które brutalnie obnażały prawdę o wielu branżach biznesu spożywczego. Zwiększyły też świadomość potrzeby zdrowego i racjonalnego odżywiania wśród amerykańskich odbiorców. Wiele z tych filmów było bądź wciąż jest dostępnych na platformach typu Netflix czy Youtube. Można je więc obejrzeć również w Polsce. „Food Inc.”, „Fat, sick, and nearly dead”, czy „Supersize Me” to tylko niektóre z nich.

Produkty ekologiczne („organic food”) względnie łatwo można kupić w Ameryce, są zresztą całe sieci sklepów z żywnością ekologiczną, ale niestety są one zdecydowanie droższe od tych „zwykłych”, czasem nawet kilkukrotnie. Jest to przykre, bo ceny sprawiają, że wielu Amerykanów zwyczajnie nie stać na zdrowe odżywianie.

*Paulina Grunwald – autorka bloga Pamiętnik Emigrantki w Chicago. Rodowita szczecinianka, od 2011 r. mieszkanka Chicago.