Bieg to także odpoczynek – rozmowa z Anną Arseniuk

Starty w wysokogórskich ultramaratonach łączy z pracą przy samej ziemi. Dosłownie. W prowadzonym wspólnie z rodzicami gospodarstwie ekologicznym Anna Arseniuk dba o poprawny wzrost sadzonek najróżniejszych roślin. W obu przypadkach wysiłek związany jest z pasją.

Kamienista ścieżka, która wskutek deszczu zmieniła się w potok. Błoto, wilgoć, chłód. Dookoła coraz ciemniej, strugi ulewnego deszczu. Tak wyglądała końcówka biegu „Granią Tatr” z Twoim udziałem. To naprawdę wciąga? Nie masz czasem tego dosyć?

Anna Arseniuk*: Przyznaję, że pod koniec tego biegu myślałam tylko o tym, żeby jak najszybciej skończyć. Nigdy jednak nie przeszło mi przez myśl, żeby porzucić ten sport. Jak przebiegniesz taką trasę, pojawia się ogromna satysfakcja, endorfiny, adrenalina. To daje kopa do codziennego życia i dalszych treningów. Mimo olbrzymiego wysiłku fizycznego, bieg to także odpoczynek. Psychiczny. Niektórzy wyjeżdżają na wakacje i leżą na plaży. Ja, mimo że na co dzień pracuję fizycznie, wolę się zmęczyć – to jest właśnie mój pomysł na relaks. Naprawdę można się w tym zakochać, ale trzeba spróbować.

A jak zaczęła się ta miłość?

W szkole podstawowej trafiłam na zajęcia prowadzone przez bardzo zaangażowanego wuefistę, który uwielbiał lekkoatletykę, a przy okazji miał duszę społecznika. Zabierał nas na różnego rodzaju zawody i biegi przełajowe. Bardzo mi się to podobało. Później w liceum zajęcia sportowe były na znacznie niższym poziomie, ale starałam się biegać we własnym zakresie. Zwłaszcza, że czułam, że to dobrze wpływa na moje zdrowie, które nie było idealne. Miałam problemy z krążeniem i zatokami. To pierwsze powodowało nieprzyjemne „marznięcie” kończyn, a drugie – uporczywe bóle głowy, np. po 2-3 godzinach siedzenia. Mieszkam na wsi, więc naturalnym miejscem do biegania jest dla mnie las. Na początku była to pętla, pokonanie której zajmowało mi 15-20 min. Potem ten dystans zaczął się zwiększać. Postanowiłam też znów zgłosić się na zawody i okazało się, że nadal mogę osiągać dobre wyniki (od 2001 Anna Arseniuk niemal rokrocznie zwyciężała w toruńskim TopCrossie – przyp. red.).

Skąd pomysł na bieganie w górach?

Z czasem regularne, coroczne biegi uliczne na dystansie od 5 km do maratonu zaczęły mi się trochę nudzić. Postanowiłam spróbować czegoś innego. Mimo że wielokrotnie stawałam na podium, a najlepszy wynik w maratonie, jakim się mogę pochwalić to 2:58:39, ciągnęło mnie do nowych miejsc. Wystartowałam w 12-godzinnym biegu sztafetowym w kopalni w Bochni, w biegu Katorżnika. Jego trasa wiodła przez jezioro i rowy. Brałam udział w biegach po lasach, plażach, centrach dużych miast. Zawsze lubiłam góry i pomyślałam, że mimo iż jestem z nizin, spróbuje swoich sił na górskiej trasie biegowej, łącząc pasję do biegania ze zwiedzaniem. Już pierwszy start w maratonie Karkonoskim zakończył się dla mnie dużym sukcesem. Lata startów w górach przynosiły kolejne osiągnięcia: Bieg rzeźnika Ultra – 140 km, Bieg Ultra Granią Tatr, kolejne maratony Karkonoskie oraz bieg w Turcji na 110 + km, Kapadocja Ultra Trial. To bieg z mocną, międzynarodową obsadą. Udało mi się zająć 3. miejsce. Zaowocowało to powołaniem do Reprezentacji Polski w biegach wysokogórskich i startem na Mistrzostwach Europy.

W zeszłym roku wystartowałam w Mistrzostwach Europy w Ski Running na trasie ultra we Francji. Zajęłam 13. miejsce open wśród kobiet i 8. miejsce w swojej kategorii wiekowej.

Z Twoim bieganiem wysokogórskim związana jest też historia pomysłu na wsparcie toruńskiej fundacji dla Dzieci „Dorotkowo”?

Tak, mieliśmy z moim kolegą Witkiem Orcholskim taki wspólny projekt pod nazwą „Zabiegamy o Dorotkowo”. Postanowiliśmy przebiec w jednym sezonie najcięższe biegi górskie w Polsce i zwrócić uwagę na potrzeby toruńskiej fundacji. Są one naprawdę duże i przyda się każde wsparcie. Razem z Witkiem w jednym sezonie przebiegliśmy Bieg Rzeźnika (czerwiec, 78 km), Maraton Karkonoski (lipiec, 42 km), Granią Tatr (sierpień, 80 km), Krynica (wrzesień, 100 km).

Nie odkryję Ameryki jeśli powiem, że nie było to łatwe?

Zdecydowanie. To bardzo wyczerpujące biegi. W Biegu Rzeźnika brałam udział 3 razy. Jest to nietypowy bieg. Startuje się w nim parami, a odstęp między zawodnikami nie może być większy niż 100 metrów, tak aby jedna osoba mogła pomóc drugiej w razie jakichś problemów czy kontuzji. Maraton Karkonoski jest za to trudniejszy technicznie, nawierzchnia jest twarda, ekspozycja odkryta, dystans maratoński. Bieg Granią Tatr to najtrudniejszy z polskich biegów górskich z dużym przewyższeniem i trudnym technicznie terenem o ostrych podbiegach i zbiegach. Wyobraź sobie zbieg z Krzyrznego (śmiech). Krynica, to było wtedy dla mnie wyzwanie! Zmęczona po trzech ultra biegach i kilkunastu biegach krótkich w ciągu roku organizm musiał podjąć jeszcze stukilometrowe wyzwanie. Nie było łatwo, i po Krynicy musiałam rozstać się na jakiś czas z paznokciem dużego palca. Jednak dla Dorotkowa, małej Dorotki i innych dzieci z fundacji – było warto. Spotkania w klubiku z dziećmi i to że nasza akcja pomogła na wielu polach fundacji było dla nas ogromną radością.

Ukończyłaś też bieg Rzeźnik Ultra – najcięższy bieg jednodniowy w Polsce o długości 140 km. Dystans trzeba pokonać w 24 godziny. Spośród 300 startujących ukończyło go 16 osób, w tym jedna kobieta…. Anna Arseniuk, która takie wyniki osiąga bez współpracy z trenerem. Jak to możliwe?

Reprezentuję toruńskie Towarzystwo Sportowe „Opatrunki”, który wspiera mnie w kwestiach logistycznych, ale faktycznie nie współpracuję z trenerem. Mam nieunormowany czas pracy. W dodatku pracuję fizycznie co sprawia, że muszę dostosować do tego treningi i ciężko jest ułożyć dla mnie jakiś długoterminowy plan. Ja jednak bardziej bawię się tym moim bieganiem, staram się „zachować dystans”. Cieszę się, że robię to na takim poziomie, ale chcę żeby to pozostało zabawą.

Kiedy i jak często trenujesz?

Biegam po lasach lub utwardzonych terenach. Lasy między Bydgoszczą a Toruniem nie mają dla mnie tajemnic. Najlepiej czuję się biegając na łonie natury. Nie na bieżni czy po miejskich ulicach. W lesie można obserwować cykliczność natury, sporo da się dostrzec przemierzając te same trasy. Mam na przykład swojego zająca, który zawsze jest w tym samym miejscu o tej samej porze.

Trenuję sześć razy w tygodniu. Jeden dzień przeznaczam na regenerację, choć z racji, że i tak pracuję fizycznie, nie jest to stuprocentowy odpoczynek. Jeżdżę też na rowerze, uprawiam jogę, ćwiczę w domu. Czasami pojawiam się na siłowni, ale rzadko, bo sam dojazd tam zajmuje mi godzinę. Żal czasu.

Wywodzisz się z gospodarstwa ekologicznego. Sprzedajesz zdrowe produkty na lokalnych jarmarkach. Jak podchodzisz do diety w sporcie?

To bardzo ważna kwestia, choć od razu przyznaję, że mam słabość do słodyczy. Zdecydowanie powinnam jeść ich mniej. Zawsze je lubiłam, uwielbiam też piec. Na szczęście ruch pozwala mi spalić kalorie. Po to też wydłużam dystanse, aby móc więcej zjeść (śmiech).

Nie suplementuję się. Na co dzień staram się jeść różnorodnie. Lubię kaszę jaglaną, naleśniki z mąki gryczanej. Mam słabość do produktów mącznych. Po treningu na moim talerzu pojawia się zawsze coś z białkiem, witaminami i minerałami. Mój stały poranny napój to pyłek pszczeli rozpuszczony w wodzie, a ponieważ przy gospodarstwie mamy własną pasiekę, miód jest z pewnego źródła. Jem dużo produktów owocowych. Piję sporo herbat ziołowych i soków, aby dostarczać organizmowi witamin i minerałów. Nie używam cukru do słodzenia. Staram się sięgać po pełnoziarniste mąki, rezygnując z białych. To nie są jakieś nadzwyczajne rzeczy, nie popadam w skrajności. Ważne jest też to, kiedy i na ile można sobie pozwolić. W lutym i marcu trenuję najciężej i jem najwięcej, to wtedy buduję siłę na cały sezon.

A jak wygląda to na trasie?

Zawsze są punkty żywnościowe. Najczęściej zabieram z nich banana, pomarańczę, drożdżówkę. Coś co łatwo przełknąć. W punkcie nalewam wodę do bukłaka, biorę jedzenie, jem i szybko wracam do odpowiedniego rytmu biegu. Na długich dystansach jedzenie jest ważne. Wielu biegaczy jest dobrze przygotowanych fizycznie, a przez trawienie nie dają rady ukończyć wyścigu. Druga kwestia to głowa. Ona też ma ogromne znaczenie. Trzeba pokonać fizyczne i psychiczne zmęczenie. Mieć mocne nogi i głowę. Na dystansie ultra, gdy biegnę 100-150 km, czasem zjem dwa żele energetyczne. Niestety, nie jestem w stanie na tak długi czas dostarczyć sobie energii z tak małych porcji żywności dostępnych na biegu. Na takim dystansie spalam około 3-5 tysięcy kalorii.

Jak Ty panujesz nad ciałem i głową?

Najczęściej wyznaczam sobie jakieś punkty pośrednie. Dzielę trasę. Nigdy nie myślę, że biegnę np. 120 km. Maraton to przecież 4×10 km. Rozumiesz? Trzeba to sobie w głowie poukładać. Jeżeli 10 km przebiegam swobodnie, to muszę po prostu zrobić to cztery razy. Czasem myślę o tym, co zjem gdy dobiegnę do mety (śmiech). A że na trasie jem dużo węglowodanów, w tych marzeniach pojawiają się raczej rzeczy takiej jak sok z kapusty, mleko, coś pikantnego. Biegnę i planuję to smakowite menu, ale prawda jest taka, że na mecie zjada się dosłownie odrobinę. Garść pokarmu wystarczy i od razu żołądek jest pełen. W ciągu dwóch dni po ultramaratonie jem naprawdę dużo, by organizm mógł się zregenerować. I dopiero później przyznaje sobie małe nagrody, np. tort czekoladowy.
Wróćmy jeszcze do tematu gospodarstwa ekologicznego, które prowadzisz z rodzicami.

Czym się zajmujecie?

Nasze gospodarstwo specjalizuje się w sadzonkach roślin ozdobnych, użytkowych. Często są to rośliny nietypowe dla naszego klimatu: cytryny, oliwki, figi, granaty, czy też zapomniane przez lata, takiej jak pigwa, dereń, nieszpułka, pigwowiec, cytryniec. Mamy także popularne warzywa i sady starych odmian grusz, jabłoni, śliw, dereni i oliwnika. To ciężka praca od świtu do nocy, bez względu na porę roku. Wszystko robimy od podstaw, od nasionka. Dużo czasu zajmuje pielęgnacja sadzonek, zimą dochodzi ogrzewanie szklarni. W ostatnich latach przybywa też „roboty papierkowej”, bo biurokracja, także w rolnictwie ekologicznym, jest coraz większa.

Michał Jeliński: Sukces sportowy jest możliwy mimo cukrzycy [wywiad]

W jakich najdalszych, najciekawszych miejscach biegałaś?

Kapadocja w Turcji! Tamtejsze góry są stosunkowo niskie, ale o trudności trasy decydują przewyższenia całego dystansu. Jeżeli chodzi o wysokość, znacznie bardziej imponująca była Francja i Grande Monte. Obawiałam się, że na wysokości powyżej 3000 m n.p.m. będę miała problemy z oddychaniem, zwłaszcza że nie było czasu na aklimatyzację. Na szczęście obyło się bez większych kłopotów.

Wymarzony bieg, w którym chciałabyś wziąć udział?

Na pewno Spartathlon, czyli ponad 200 km w Grecji. Ciekawy jest też maraton w Dolinie Śmierci w Stanach Zjednoczonych, w najgorętszym i najbardziej suchym miejscu na Ziemi. Do pokonania jest 160 km przy temperaturze ok. 45°C. Może biegi pustynne. Jest tego sporo. Chciałabym też pobiec klasyczny maraton w jakimś ciekawym miejscu. Wiem, że moja berlińską życiówkę robiłam z zapasem sił.

Rozmawiał Karol PRZYBYLAK.

*Anna Arseniuk – reprezentantka Polski w Skyrunning. Na co dzień zajmuje się uprawą nietypowych roślin w gospodarstwie ekologicznym Figa (Górsk, woj. kujawsko-pomorskie). Jej pasją są biegi wysokogórskie i długodystansowe.

Największe sukcesy biegowe w 2017 r.

  • 2. miejsce – Mistrzostwa Polski Skyrunning Ultra i tytuł Wicemistrzyni Polski Skyrunning Ultra (podczas biegu Granią Tatr na dystansie 72 km – Zakopane)
  • Powołanie do Reprezentacji Polski Skyrunning 2017 i reprezentacja Polski na Mistrzostwach Europy Skyrunning Ultra w Val d’Isere Ew Francji
  • 13. miejsce – w klasyfikacji generalnej kobiet i 8. w kategorii wiekowej na Mistrzostwach Europy Skyrunning Ultra (ODLO High Trail Vanoise 70km – Val d’Isere, Francja)