Żywność ekologiczna to nie jest ekościema…

Rolnictwo ekologiczne jest bez sensu. Zarówno wtedy gdy będzie się rozwijać (bo z tym wiążą się zyski) jak i wtedy gdy rozwijać się nie będzie (bo jest niewydajne i nierentowne…). Żywność BIO wyróżnia w zasadzie tylko wysoka cena, a jej produkcja zanieczyszcza środowisko znacznie bardziej niż ma to miejsce w przypadku żywności konwencjonalnej lub GMO – takie wnioski płyną z lektury tekstu  Marcina Rotkiewicza (Tygodnik „Polityka” (29/2916)). Trudno się na to zgodzić stąd kilka słów polemiki.

Na temat żywności ekologicznej i rolnictwa ekologicznego toczy się i jest nadal potrzebna szeroka debata zarówno wśród opinii publicznej jak i w świecie naukowym. Szanuję (choć się z nim nie zgadzam) krytyczne zdanie pana Marcina Rotkiewicza w tym zakresie i nie dziwi mnie ono specjalnie bo znam jego wcześniejsze artykuły. System rolnictwa ekologicznego ma swoje wady (i naprawdę warto nad nimi dyskutować, co nierzadko czynimy także na łamach Biokuriera) i zalety, zmienia się też z czasem, ale czy w ramach racjonalnej dyskusji na jego temat mieści się tekst, w którym fakty dobierane są jednostronnie, a na ich podstawie tworzone jest “coś” w rodzaju teorii spiskowej o korporacjach i para religijnych organizacjach dążących do zawładnięcia ludzkością?

Podważając „mity” dotyczące zdrowej żywności (swoją drogą nie znam innego środowiska, które bardziej niż ekologiczne sprzeciwia się używaniu tego terminu jako dezinformującego) Marcin Rotkiewicz paradoksalnie tworzy nowe. Przedstawiam tylko kilka z nich.

Mit 1. Rolnictwo ekologiczne nie chroni środowiska

Podoba Ci się to, o czym piszemy?     

„W ciągu ostatnich 15 lat uprawy oparte na biotechnologii przysłużyły się znacznie bardziej ochronie środowiska niż rolnictwo ekologiczne przez ponad pół wieku swojego istnienia” – pisze Marcin Rotkiewicz. Dlaczego? Bo we wspomnianym okresie zmniejszyło się użycie pestycydów o 472 mln ton… Może warto byłoby też napisać ile się tych pestycydów wciąż używa i jak wielki jest to przemysł? Dla porządku wspomnę, że w rolnictwie ekologicznym stosowanie pestycydów jest drastycznie ograniczone. Warto też pamiętać, że ochrona środowiska to nie tylko zużycie pestycydów, ale także dbałość o wody gruntowe, brak monokultur, bioróżnorodność, zadrzewienia śródpolne, gleba, środki zużyte na budowę maszyn, transport etc… Naprawdę ciężko wybronić tezę, że eko uprawy pod tym względem ustępują zarówno konwencjonalnym jak i tym wykorzystującym GMO.

Mit 2. O tym dlaczego eko rolnicy nie chcą GMO

Dziennikarz „Polityki” wymienia szereg powodów, dla których w eko rolnictwie nie stosuje się GMO. Szkoda tylko, że brakuje tych rzeczywistych, a te przedstawione przez redaktora są wydumane i żadna z eko organizacji rolniczych nigdy się nimi nie posługiwała. Przykład? Cytuję: „Organizacje takie jak Greenpeace mają duży wpływ na opinię publiczną i mocno wspierają propagandowo ekorolnictwo. Jednocześnie zaciekle walczą z GMO. Zgoda na wykorzystanie osiągnięć biotechnologii (w rolnictwie ekologicznym – dop. KP) oznaczałaby zatem utratę bardzo wpływowego sojusznika”. Sekretny spisek ujawniony! Bez komentarza.

Mit 3. Rolnictwo ekologiczne i okultyści

Odwołując się do historii rolnictwa ekologicznego Marcin Rotkiewicz sięga po stylistykę kojarzoną do tej pory ze środowiskami ze skrajnie innego niż „Polityka” bieguna… Koncentruje się na okultyzmie, sekciarstwie i Rudolfie Steinerze. Nie można zaprzeczyć, że Rudolf Steiner odegrał ważną rolę w rozwoju rolnictwa biodynamicznego, które jest częścią rolnictwa ekologicznego, ale warto pamiętać, że rolnictwo ekologiczne odwołuje się przede wszystkim do tradycyjnych metod uprawy ziemi wspartych nowoczesnymi technologiami przyjaznymi naturze (po prostu!). Niekoniecznie trzeba to wiązać z filozofią Steinera i zdecydowana większość eko rolników w Polsce i na świecie tego nie robi. Proszę sprawdzić.

Mit 4. Eko żywność jest niezdrowa i niesmaczna

„Żywność eko nie jest zdrowsza ani smaczniejsza” – dowodzi Marcin Rotkiewicz. Jeżeli chodzi o walory zdrowotne prawdą jest, że w świecie naukowym trwa na ten temat spór, a sprawa wymaga dalszych badań. Zestawienie (bo nie były to żadne nowe badania) przygotowane przez Stanford University wcale nie zamknęło tego tematu. Nadużyciem jest sugerowanie, że na etykietach eko żywności prezentuje się jej prozdrowotne działanie w sposób niezgodny z prawem (eko producentów obowiązują w tym zakresie te same reguły co producentów żywności konwencjonalnej).

„Nie takie pestycydy straszne” – pisze też Marcin Rotkiewicz dowodząc dalej, że syntetyczne pestycydy są w sumie lepiej przebadane (a co za tym idzie bezpieczniejsze) niż wykorzystywane w eko rolnictwie te pochodzenia naturalnego. Dość kuriozalne to stwierdzenie. Nawet jeżeli byłoby prawdziwe, to w zakresie bezpieczeństwa żywności produkty ekologiczne podlegają surowszym zasadom niż ich konwencjonalne odpowiedniki. Dlaczego? Oprócz spełnienia podstawowych wymogów sanitarnych wymaganych dla każdej żywności, spełniają dodatkowe związane z certyfikacją ekologiczną zatem ich bezpieczeństwo jest dużo większe. Czy zmniejszenie ryzyka występowania pozostałości pestycydów (nawet jeżeli uznamy, że są one nieszkodliwe) może zwiększać zagrożenie? Gdzie tutaj logika?

Co do smaku? Jest względny, to oczywiste. Kucharze, do których Marcin Rotkiewicz odnosi się z dużą rezerwą, wrzucając ich do „jednego worka” z celebrytami (dystansowi do ich opinii akurat się nie dziwię), mają tu z pewnością trochę do powiedzenia.

Mit 5. Medyczne oszustwo – nieracjonalność zasad ekorolnictwa

Jak twierdzi Marcin Rotkiewicz: „Zasady rolnictwa ekologicznego nakazują podawać chorym zwierzętom gospodarskim „wyciągi i wywary ziołowe, leki homeopatyczne i mikroelementy”. Dopiero gdy te „naturalne” metody leczenia zawiodą, a zwierzę nadal cierpi lub zagrożone jest jego życie, wolno za zgodą weterynarza podać syntetyczne leki lub antybiotyki. Takie przepisy to zatem nic innego jak promowanie medycznego oszustwa (bo substancje homeopatyczne działają na ludzi wyłącznie na zasadzie psychologicznej sugestii) oraz narażanie zwierząt na niepotrzebne cierpienia”… Bardzo mocno naciągane to wnioski. Długoletnie obserwacje wskazują na to, że zwierzęta w eko gospodarstwach chorują znacznie mniej i żyją dłużej, niż te hodowane konwencjonalne. Dzieje się to dzięki m.in. prowadzeniu naturalnego, zdrowego chowu z dostępem do świeżej karmy, powietrza itd. oraz umiejętności doboru odpowiednich ras odpornych na choroby tak często spotykane w wielkoprzemysłowych chlewniach, fermach itp. Z drugiej strony, jeżeli zachodzi konieczność podania antybiotyku, w rolnictwie ekologicznym każde zwierzę bezwzględnie musi przejść okres kwarantanny po zastosowaniu leku, tak by nie było wątpliwości, że w organizmie zwierzęcia mogły pozostać jakiekolwiek pozostałości po danym leku…

Ta polemika z pewnością nie wyczerpuje tematu. Trudno prostować każdy z zarzutów, który pada w tym tekście (zresztą polemik w sieci jest już sporo).

Mimo wszystko warto zapraszać Pana Marcina Rotkiewicza do gospodarstw ekologicznych, przetwórni i na eko kiermasze. Może zmieni zdanie?

Polecam także: Stowarzyszenie Polska Ekologia odpowiada na “Ekościemę…”

Karol Przybylak

Brak postów do wyświetlenia